Koziek - Pon 14 Kwi, 08 4:37 pm
http://niezalezna.pl/index.php/article/show/id/689
Według ostatnich danych Banku Światowego w 33 państwach świata możne dojść do zamieszek na fali największych podwyżek cen żywności od 26 lat.
W Egipcie, Kamerunie i Burkina Faso skok cen na towary żywnościowe już zebrał krwawe żniwo. Najbardziej pesymistyczne prognozy mówią o możliwej rewolcie państw najbardziej dotkniętych problemem głodu. „Sytuacja jaka ma teraz miejsce jest ogromnym wyzwaniem dla walki z głodem” - powiedział Ralf Südhoff kierujący niemieckim oddziałem ONZ-owskiego Światowego Programu Żywieniowego. Prezes Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique Srauss-Kahn widzi w niespodziewanie szybkim wzroście cen żywności równie istotny problem dla gospodarki światowej co globalny kryzys finansowy. Od końca 2006 roku ceny żywności na świecie wzrosły o 48 proc. W samych Niemczech ceny podskoczyły w marcu o 28 proc. Bank Światowy przestrzega w swym najnowszym raporcie przed falą klęsk głodu. Aby nieco rozluźnić obecna sytuacje potrzebne by były nakłady finansowe rzędu 500 milionów dolarów (315 milionów euro).
Jest to kolejny sztucznie wywoływany kryzys. Tym razem kryzys żywieniowy.Najpierw ogłupią świat pozornym brakiem żywności a potem każdy z otwartymi rękami przyjmie żywność genetycznie modyfikowaną bo to będzie jedyny sposób aby zażegnać kryzys .
EU sztucznie reguluje poziom produkcji żywności (przez to także ceny)poprzez limity produkcyjne np.mleka-biedni polscy rolnicy żeby nie płacić kar za nadprodukcję muszą ukradkiem wylewać nadmiar a to co idzie do skupu jest mieszane z różnymi świństwami , piekarze nie sprzedany chleb muszą utylizować gdyż od darowizny musieliby płacić podatek. Tu ten chory system stawia ultimatum albo: kupicie od nas albo zdechniecie z głodu.
Pozdrawiam.
Pawlo1984 - Czw 17 Kwi, 08 11:03 am
Henry Hazlitt: Co to jest inflacja?
Henry Hazlitt
Żadne zagadnienie nie jest dzisiaj tak intensywnie dyskutowane – a równocześnie tak niezrozumiane – jak inflacja. Politycy w Waszyngtonie rozmawiają o niej, jak gdyby była jakąś straszliwą zjawą pochodzącą zza światów, czymś – takim jak powódź, zaraza, czy najazd wrogich wojska - nad czym nie mają oni żadnej kontroli. Inflacja to coś, z czym obiecują nam „walczyć”- rzecz jasna pod warunkiem, że Kongres czy lud dostarczy im odpowiedniej „broni”, albo „silnego prawa”, które im w tej walce pomogą.
Tymczasem prawda jest taka, że inflacja została powołana do życia przez naszych przywódców, poprzez ich własną politykę monetarną i fiskalną. Obiecują nam zatem, że prawą ręką będą zwalczać to, co przynoszą lewą ręką.
To, co nazywają inflacją jest, zawsze i wszędzie, wywołane głównie poprzez wzrost podaży pieniądza i kredytu. Prawdę mówiąc, inflacja jest właśnie wzrostem podaży pieniądza i wielkości kredytu. Posłużmy się dla przykładu American College Dictionary . Znajdziemy w nim następującą definicję inflacji: „Szkodliwa ekspansja lub wzrost ilości waluty krajowej, spowodowana w szczególności poprzez druk pieniądza papierowego, nie dającego się wymienić na twardy pieniądz”.
Jednakże w ostatnich latach, pojęcie to zaczęto używać w radykalnie odmiennych znaczeniu. Przedstawione jest ono w drugiej definicji podawanej przez American College Dictionary, mianowicie: „Znaczny wzrost cen wywołany szkodliwą ekspansją pieniądza papierowego lub ekspansją kredytu. Widzimy więc, że wzrost cen spowodowany ekspansją podaży pieniądza nie jest tożsamy z samą ekspansją podaży pieniądza. Przyczyna lub warunek nie jest przecież identyczny ze swoją konsekwencją. Te dwie definicje inflacji, różniące się całkowicie swoim znaczeniem, są źródłem niekończących się nieporozumień.
Słowo inflacja odnosiło się początkowo wyłącznie do ilości pieniądza. Mówiło się, że wolumen pieniądza jest napompowany, nadmuchany, przesadny. To, że domagam się powrotu do oryginalnego znaczenia terminu inflacja nie ma nic wspólnego z moją pedantycznością. Używanie terminu inflacja w znaczeniu: „wzrost cen” odwraca uwagę od prawdziwej przyczyny inflacji oraz od lekarstwa, które mogłoby ją uleczyć.
(Jednakowoż muszę tu ostrzec Czytelników, że słowo inflacja jest dziś powszechnie stosowane w znaczeniu „wzrost cen” i z tego powodu bezowocnym i czasochłonnym wydaje się unikanie tego znaczenia lub poprawianie go na każdym kroku. Termin ten używany jest, jak chodzi o ścisłość, niemal powszechnie w dwóch znaczeniach; raz w znaczeniu pierwszym, to znaczy gdy chodzi o wzrost wolumenu pieniądza, i drugi raz, z tym że znacznie częściej, gdy chodzi o wzrost cen.
Osobiście stwierdzam, że uchronienie się od popadania w tę dwuznaczność jest zajęciem beznadziejnie trudnym. Jedynym do przyjęcia kompromisem, w tym drugim znaczeniu, zwłaszcza dla tych, którzy odczuwają potrzebę odróżnienia różnych sensów terminu inflacja, będzie użycie pojęcia inflacji cenowej, dla odróżnienia od zwykłej inflacji. Starałem się to czynić w kolejnych rozdziałach, choć obawiam się, że pewnie nie zawsze konsekwentnie.)
Zobaczmy teraz, co się dzieje pod wpływem inflacji, i dlaczego tak się dzieje.
Z chwilą wzrostu podaży pieniądza, ludzie posiadają więcej pieniędzy, za które mogą nabywać dobra. Jeśli w tym samym czasie ilość dóbr nie wzrośnie – albo nie wzrośnie w stopniu równym wzrostowi podaży pieniądza – ceny dóbr wzrosną. Każdy jeden dolar stanie się mniej wart, gdyż teraz jest tych dolarów więcej. Z tego powodu, powiedzmy, za każą parę butów czy sto buszli pszenicy, oferowanych będzie więcej dolarów. „Cena” jest wskaźnikiem wymiany (exchange ratio) między dolarem a jednostką danego dobra. Posiadając więcej dolarów, ludzie cenią każdy z nich mniej. Prowadzi to do wzrostu cen dóbr, nie dlatego że jest ich (dóbr) mniej niż przedtem, lecz dlatego że dolarów jest więcej, a stąd są one warte mniej.
W dawnych czasach, rządy wywoływały inflację poprzez oszukiwanie przy biciu monet, albo redukowanie ich wartości. Później odkryły jednak, że ten sam efekt można osiągnąć znacznie taniej i szybciej poprzez drukowanie pieniędzy papierowych. To właśnie stało się z francuskimi asygnatami w 1789 roku, a także z naszą własną walutę w czasie amerykańskiej Rewolucji. Współczesne metody są nieco bardziej subtelne. Nasze rządy sprzedają bankom swoje obligacje lub inne papiery dłużne (IOU). W zamian za nie, banki płacą rządowi, tworząc w swoich księgach „depozyty bankowe”, z których ten ostatni może korzystać. Bank ze swej strony może ta obligacje rządowe czy inne papiery dłużne sprzedać bankowi Rezerwy Federalnej , który płaci za nie albo poprzez stworzenie kredytu depozytowego, albo poprzez druk banknotów Rezerwy Federalnej. Taki jest właśnie mechanizm produkowania pieniądza.
Zasadniczą częścią „podaży pieniądza” w Stanach Zjednoczonych nie jest gotówka, którą płacimy z rąk do rąk, lecz depozyty bankowe, z których czerpie się zasoby wystawiając w oparciu o nie czeki. Stąd, kiedy ekonomiści mówią o wielkości naszej podaży pieniądza (money supply), sumują depozyty na żądanie (a ostatnio także depozyty czasowe) z wolumenem gotówką znajdującej się w obiegu (poza bankami). Całkowita wartość pieniędzy i tak mierzonego kredytu, wliczając w to depozyty czasowe, w końcu grudnia 1939 roku wynosiła 63,3 mld dolarów, w końcu grudnia 1963 roku – 308,8 mld dolarów i 806,5 mld dolarów końcu grudnia 1977 roku. Ten wzrost podaży pieniądza wynoszący 1174 procent jest zasadniczym powodem, dla którego ceny hurtowe, w omawianym okresie, wzrosły o 398 procent.
Pewne Zastrzeżenia
Panuje przekonanie, że traktowanie wzrostu ilości pieniądza, jako wyłącznego winowajcy postania inflacji jest grubym uproszczeniem. To prawda. Trzeba zatem pamiętać o szeregu zastrzeżeń.
Przykładowo, należy pamiętać, że „podaż pieniądza”, to nie tylko ilość gotówki w obiegu, lecz także podaż kredytu bankowego. Odnosi się to szczególnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie większość płatności dokonywanych jest przy użyciu czeków.
Uproszczeniem jest także mówienie, że wartość jednostki pieniężnej (dolara) zależy wyłącznie od aktualnej ilości pieniądza znajdującego się w obiegu teraz. Otóż, wartość ta zależy także od podaży dolara oczekiwanej w przyszłości. Jeśli duża ilość ludzi obawia się, że – przykładowo - podaż dolara za rok, w stosunku do podaży dzisiaj, wzrośnie jeszcze bardziej, wówczas aktualna wartość dolara (mierzona jego siłą nabywczą) będzie niższa niż by to wynikało z obecnej ilości pieniądza w warunkach wolnych od takich obaw czy przewidywań.
Co więcej, wartość jednostki monetarnej, takiej jak dolar, zależy nie tylko od ilości dolarów, lecz także od ich jakości. Z chwilą, gdy jakiś kraj odchodzi, przykładowo, od standardu złota, znaczy to, że jego złoto, lub prawo zamiany pieniędzy na złoto, uległo przekształceniu w papier. W takich przypadkach, wartość jednostki monetarnej natychmiast spada, nawet jeśli nie nastąpił wzrost podaży pieniądza. Dzieje się tak, ponieważ ludzie mają więcej zaufania w złoto, niż do obietnic rządowych lub do poglądów urzędników państwowych zarządzających polityką monetarną. Nie znamy chyba ani jednego przypadku, który by dowodził czegoś przeciwnego; odejściu od standardu złota towarzyszy zwykle wzrost podaży kredytu bankowego i drukowanych pieniędzy papierowych.
Krótko mówiąc, wartość pieniądza zmienia się zasadniczo z tych samych powodów, co wartość każdego innego towaru. Tak jak wartość buszla pszenicy zależy nie tylko od jej obecnej podaży, lecz także od podaży oczekiwanej w przyszłości i jakości ziarna, tak wartość dolara zależy od zmiany podobnych czynników. Wartość pieniądza, podobnie jak wartość innych towarów, nie zależy wyłącznie od czynników mechanicznych czy fizycznych, lecz przede wszystkim od skomplikowanych czynników natury psychologicznej.
Zajmując się przyczynami inflacji czy sposobami jej likwidacji należy pamiętać o tym, aby nie dać się zmylić lub zdominować przez zbędne lub nieistniejące komplikacje.
Przykładowo, mówi się często, że wartość dolara zależy nie tylko od ilości tych jednostek pieniężnych, lecz także od „szybkości jego cyrkulacji”. Jednakże wzrost szybkości cyrkulacji pieniądza nie wpływa na dalszy spadek jego wartości; jest ona jedną z konsekwencją lęku o to, że wartość dolara spadnie (albo ujmując to inaczej, lęku o to, że nastąpi wzrost cen towarów). To właśnie takie przekonanie sprawia, że ludzie chętniej wymieniają dolary (pieniądze) na towary. Podkreślanie, przez niektórych autorów, znaczenia szybkości cyrkulacji jest kolejnym przykładem błędnego przypisania realnej przyczynie psychologicznej, charakteru mechanicznego.
A oto inna ślepa ścieżka: w odpowiedzi tym, którzy uważają, że inflacja cenowa spowodowana jest głównie wzrostem podaży pieniądza i kredytu, przedstawia się argument, że wzrost cen towarów ma często miejsce zanim nastąpi podaż pieniądza. To prawda. Tak się działo, na przykład, zaraz po wybuchu wojny koreańskiej. Ceny strategicznych materiałów i surowców poszły w górę z obawy o to, że może ich zabraknąć. Spekulanci i producenci zaczęli je wykupywać i przetrzymywać dla zysku lub zapewnienia sobie odpowiedniego stanu zapasów. Żeby to jednak uczynić, musieli oni pożyczyć w bankach więcej pieniędzy. Wzrostowi cen towarzyszył proporcjonalny wzrost wielkości kredytów bankowych i depozytów. Od 31 maja 1950 roku do 30 maja 1951 roku, wolumen pożyczek wzrósł o 12 mld dolarów. Gdyby tych dodatkowych pożyczek nie udzielono, a gdyby do końca stycznia 1951 roku nie wypuszczono na rynek nowych 6 miliardów dolarów, z których pożyczki te udzielano, wzrostu cen by nie utrzymano. Był on możliwy, krótko mówiąc, wyłącznie dzięki wzrostowi podaży pieniądza.
Niektóre popularne sofizmaty
Jednym z najczęściej powtarzanych sofizmatów na temat inflacji jest założenie, że nie jest ona wywołana wzrostem podaży pieniądza, lecz „niedoborem towarów”.
Prawdą jest, że wzrost cen (który, jak już wspominaliśmy, nie powinien być utożsamiany z inflacją) może być spowodowany albo wzrostem podaży pieniądza, albo niedoborami dóbr – a częściowo, i jednym, i drugim. Przykładowo, cena pszenicy może wzrosnąć, ponieważ nastąpił wzrost podaży pieniądza, albo mamy do czynienia z nieurodzajem pszenicy. Jednakże z ogólnym wzrostem cen, spowodowanym ogólnym niedostatkiem towarów, mamy do czynienia bardzo rzadko i to nawet w warunkach wojennych. Mimo niewątpliwych dowodów na fałszywość tezy, że inflacja jest spowodowana wzrostem cen, trzyma się ona :dzielnie”. Nie pomaga nawet przykład Niemiec z 1923 roku, w których przywódcy rządowi ale i miliony obywateli, winą za wzrost cen setki miliardów razy obarczali ogólny niedobór towarów, zapominając uparcie, że w tym samym czasie, do Niemiec przyjeżdżały rzesze cudzoziemców wykupujących za własne waluty lub złoto niemieckie produkty po cenach niższych niż w swoich własnych krajach.
Począwszy od 1939 roku, wzrost cen w Stanach Zjednoczonych przypisywany jest nieustannie niedoborom towarów. Tymczasem statystyki dowodzą, że wskaźnik produkcji przemysłowej w 1977 roku był sześciokrotnie wyższy niż w roku 1939. Nie ma też większego sensu twierdzenie, że wzrost cen w czasie działań wojennych wywołany jest wyłącznie niedoborami produktów cywilnych. Mimo iż w czasie wojny podaż produktów cywilnych znacznie spada, powstały niedobór nie powoduje jakiegoś znaczniejszego wzrostu cen, gdyż podatki pochłaniają taką część dochodów ludności, jaką zbrojenia i działania militarne ograniczają produkcję na cele cywilne.
W ten sposób dochodzimy do kolejnego nieporozumienia. Ludzie często utrzymują, że deficyt budżetowy jest sam w sobie wystarczającym i koniecznym powodem powstania inflacji. Tymczasem, jeśli deficyt budżetowy jest w całości finansowany ze sprzedaży obligacji rządowych, za które płacimy pieniędzmi pochodzącymi z oszczędności ludności, inflacji nie spowoduje. Z drugiej strony, nawet nadwyżka budżetowa nie chroni nas przed inflacją. Dowodzi tego sytuacja, jaka miała miejsce w roku fiskalnym zakończonym 30 czerwca, 1951, kiedy – pomimo nadwyżki budżetowej w wysokości 3,5 mld dolarów - mieliśmy do czynienia ze znaczną inflacją. To samo zjawisko obserwowaliśmy w latach rozrachunkowych, 1956 i 1957. (Od 1957 roku mamy już tylko do czynienia z deficytem budżetowym, z jednym wyjątkiem , w 1969 roku, a mimo to nawet wtedy, w 1969 roku, ceny rosły.) Deficyt budżetowy ma charakter inflacjogenny o tyle, o ile powoduje wzrost w podaży pieniądza. Zaś, inflacja może się pojawić nawet przy nadwyżce budżetowej, jeśli towarzyszy jej wzrost podaży pieniądza.
Podobny łańcuch przyczynowo – skutkowy stosowany jest do tzw. „presji inflacyjnej”, a w szczególności, do rosnącej „spirali płacowo-cenowej”. Jeśli zjawiska te nie były poprzedzone podaży pieniądza, jeśli nie towarzyszyła im ona, lub zaraz po nich nie nastąpiła, inflacji one nie spowodują, a co najwyżej wzrośnie bezrobocie. Wzrost cen, któremu nie towarzyszy wzrost gotówki w portfelach obywateli może co najwyżej wywołać spadek wolumenu sprzedaży. Wzrost płac i cen jest zwykle konsekwencją inflacji. Mogą ją one wywołać jedynie wtedy, gdy wywołają wzrost podaży pieniądza.
(fragment książki Inflacja, Henry Hazlitta, tłumaczenie Jan M Fijor)
http://nczas.com/publicys...-jest-inflacja/[ Dodano: Czw 17 Kwi, 08 11:18 am ]
Pawlo1984 - Nie 20 Kwi, 08 11:17 pm
Friedman to monetarysta. Niby wolnorynkowiec, a jednak zwolennik państwowego pieniądza (taki Balcerowicz).
Czy kapitalizm jest odpowiedzialny za kryzys?
O kłopotach amerykańskiej gospodarki rozpisują się nie tylko ekonomiści i analitycy finansowi. Dziś jest to temat także dla lewicowych ideologów i wieszczy z nieukrywaną radością przepowiadających upadek kapitalizmu. Ich wywody nader często cechuje brak fachowości, wynikający z niezrozumienia mechanizmów władających współczesnym światem finansów. Co gorsza, zdają się być też zakładnikami własnych idei, skazanymi na walkę z jednym tylko wrogiem – rynkiem. Lecz obecnych problemów nie zrodziła ani obrazoburcza orgia wolności gospodarczej, ani mistyczne siły rynku, które drogą konieczności historycznej nasilają jego wahania. Prawdziwe przyczyny nie są również metafizyczne, ani nie sposób zrzucić ich na karb „zwierzęcych instynktów” rynku. Wręcz przeciwnie – podstawy kryzysu są bardzo konkretne, i stanowią rezultat wieloletniej polityki niszczenia rynku pieniężnego, która zaczęła się na długo, zanim Alan Greenspan został szefem Fedu, banku centralnego Stanów Zjednoczonych.
Jednym z podstawowych problemów współczesnego systemu gospodarczego, niezależnie od tego, czy przyglądamy się gospodarce Polski, Europy, czy USA, jest znacjonalizowany rynek pieniądza. Chociaż istnieje konkurencja w systemie bankowym i pomiędzy instytucjami pośredniczącymi, to w ostatecznym rozrachunku pieniądz nie podlega kryteriom wyceny, którą można by nazwać rynkową. Najważniejsze parametry tego specyficznego towaru ustala ostatecznie jego emitent, czyli państwowy monopol banku centralnego.
Warto powiedzieć, że architekci tego systemu nie przestrzegali jasnych podziałów ideologicznych. Koncepcji banku centralnego broniły z równą żarliwością lewica i prawica, socjaldemokraci i neokonserwatyści, John Maynard Keynes i Milton Friedman. Każdy kierował się własnymi pobudkami. Socjaldemokraci chcieli drukować pieniądze, aby tworzyć swoje programy społeczne. Neokonserwatystom zależało na finansowaniu sił wojskowych, zaangażowanych w konflikty na całym świecie. Swoje cegiełki dokładali także ekonomiści. Keynes z niemalże religijną pasją za wyznawany cel obrał sobie „stymulowanie popytu” i likwidację „rzadkości kapitału”, a Friedman utrzymywanie „stabilnych cen”.
Mimo istotnych różnic, wszystkich łączył jeden postulat: stworzenie instytucji, która byłaby w stanie na zawołanie, niezależnie od rynku, produkować znaki pieniężne. Grup nacisku z kręgów finansowych nie interesowały przyczyny ideologiczne. Liczyła się tylko realizacja pomysłu zastąpienia pieniądza, który miał rynkową wartość i pokrycie w kruszcu, przez papier, którego wartość określał jedynie dekret. Wpierw to autorytatywne oświadczenie woli było potwierdzone drukiem banknotu, potem wpisem w księdze, a dziś do tego wystarcza zwykłe kliknięcie myszką.
Fakt, że istnieje pożyczkodawca ostatniej instancji, musi mieć wpływ na to, co dzieje się na rynku kapitałowym. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że bank centralny ma w sobie ogromny, dorównujący niemal możliwościom centralnego planisty w systemie socjalistycznym, potencjał nacjonalizacyjny (z którego, jak zaraz zobaczymy, korzysta już aktualny szef Fed, Ben Bernanke). Bank centralny nie może na razie bezpośrednio pozbawić ludzi ich mienia, jak w socjalizmie, ale skutki jego działań mogą być podobne. Zamiast zadekretować przejęcie własności, wystarczy stworzyć ad hoc pieniądze i kupić za nie towary lub wspomóc wybraną instytucję. Ponieważ ilość dostępnych dóbr wskutek tego procesu się nie powiększa, ludzie obdarowani przez bank centralny mogą odebrać część towarów posiadaczom starych banknotów. A zatem emitent pieniądza może dokonać znaczącej (a przy tym niemal niezauważalnej) redystrybucji, obdarzając wskazane podmioty siłą nabywczą. Nie trzeba chyba dodawać, że na wolnym rynku taka sytuacja nie byłaby możliwa.
Wskutek tego procesu ceny dóbr i usług będą się radykalnie zmieniać. Przykładowo, za sprawą operacji otwartego rynku powodujących rozdmuchanie bańki akcji kredytowej można łatwo stworzyć boom na rynku nieruchomości, z jakim w rzeczy samej mieliśmy przez wiele lat do czynienia. Co gorsza, w bankach komercyjnych panuje przekonanie, że nieruchomość zawsze będzie świetnym zabezpieczeniem pod kredyt. Nie dostrzega się, że to właśnie owa absurdalnie wielka bańka kredytowa zwiększa nominalną wartość nieruchomości. Wysokie ceny w istocie oderwane są zupełnie od możliwości finansowych samych posiadaczy. Gospodarki nie da się jednak bez końca oszukiwać, czego dowodem jest obecny kryzys na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych.
Amerykański Fed jest w stanie na zawołanie zapewnić rynkowi finansowemu płynność i w razie potrzeby uratować go przed koniecznym i ozdrowieńczym upadkiem. Oczywiście same instytucje kredytowe cieszą się z przedłużenia agonii, za którą reszta społeczeństwa płacić musi poprzez sztucznie zawyżone ceny. Warto zaznaczyć, że rodzi to groźną pokusę nadużycia tegoż systemu. Skoro bowiem istnieje bank centralny, który w razie potrzeby dostarczy płynności instytucjom kredytowym, to mogą one podejmować większe ryzyko niż wtedy, gdyby mogło im grozić bankructwo. Dlatego banki w Stanach Zjednoczonych już w latach osiemdziesiątych były tak skore do nieustannego zwiększania akcji kredytowej. Racjonalna wycena ryzyka przestała się liczyć, co pociągnęło za sobą kompletne oderwanie od rzeczywistości większości aktywów. Fakt ten z łatwością można było zaobserwować na giełdzie.
Kryzys na rynku amerykańskim rozprzestrzenia się na cały świat. Jest to nieunikniona konsekwencja przyjętego przez współczesne państwa standardu monetarnego, w którym pieniądz może być produkowany na zawołanie.
Nie przeszkadza to rzecz jasna niektórym intelektualistom rozprawiać o tym, że Ameryka upada, gdyż panują tam „dzikie” zasady wolnego rynku. Według nich Ameryka to kapitalizm (tak mówi tradycja marksistowska). Nie zauważają, że tamtejszym rynkiem finansowym rządzą czynniki polityczne, wartość pieniądza jest własnością państwa, które kontroluje i przejada około czterdziestu procent produktu gospodarki oraz prowadzi militarystyczną politykę… Co z tego, że nawet tacy ekonomiści, jak Stiglitz, Krugman, czy Samuelson, których trudno posądzić o prorynkowe poglądy, wskazują niedwuznacznie na to, że za kryzys odpowiada bank centralny i rozdęte programy państwa? Lewicowy intelektualista może te fakty przemilczeć, jeśli pozwoli mu to zrzucić odpowiedzialność na przebrzydły „wolny rynek”.
W Polsce do opinii publicznej nie dotarły wieści o działaniach Bena Bernanke’ego podejmowanych od sierpnia ubiegłego roku, kiedy zaczęła się korekta. Nie chodzi nawet o to, że pompował on w system bankowy rezerwy pieniężne i obniżał stopy procentowe. Istotniejszy jest fakt, iż wprowadził on radykalną innowację w postaci zestawu nowych narzędzi finansowych – Term Auction Facility i Term Securities Lending Facility. Pozwalają one bankom komercyjnym wymieniać papiery wartościowe o wątpliwej wypłacalności (Collateralized Debt Obligation, Mortgage-Backed Security etc.), związane z kryzysowym rynkiem nieruchomości na bardzo wiarygodne papiery skarbowe amerykańskiego rządu. Na papierze zwiększyło to solidność kapitałową banków.
Te sztuczki księgowe oznaczają, że Fed w pewnym sensie nacjonalizuje system bankowy. Uspołecznienie ryzyka i przerzucanie kosztów bankructwa firm na podatnika postępuje coraz dalej. O kondycji banków w coraz większym stopniu decydują arbitralne decyzje szefa Fedu. Mimo rozpoczęcia tej operacji czyszczenia majątkowych śmieci, rynku nie ogarnęła euforia. Wszak Bernanke chce „odnowić” (choć może lepiej pasującym słowem byłoby „wyprać”; ale nie bądźmy złośliwi) jedynie 400 miliardów dolarów. Wprawdzie kwota ta jest porównywalna z PKB Polski, ale przy 11 bilionach, które jest warty amerykański rynek nieruchomości, jest to kropla w morzu potrzeb.
Istotny jest również fakt, że Bernankemu zostało tylko drugie tyle papierów rządowych w skarbcu. Co stanie się, gdy pojawią się kolejne kłopoty, które zaczynają już powoli nadciągać? Aby banki mogły kontynuować akcję kredytową, szef Fedu może zacząć emitować papiery wartościowe, albo bezpośrednio przekazać systemowi bankowemu pieniądze. Żaden z tych scenariuszy nie ratuje gospodarki przed korektą, a prowadzi za to do wzrostu inflacji. Niższe stopy procentowe nie są w stanie wyczyścić szemranej struktury zobowiązań i wierzytelności. W skrócie, czeka nas powtórka z lat siedemdziesiątych: brak wzrostu i inflacyjna recesja, wskutek której do lamusa odejdą opowieści naganiaczy finansowych, że giełda przynosi średnio sześć procent rocznie zysku.
Krytycy rynku powiedzą, że wszelkiemu złu winny jest wolny rynek i konieczne jest zwiększenie regulacji. Być może banki utracą ostatnie witalne funkcje rynkowe i zmienią się w potworki kierowane dyrektywami państwowymi. Nieważne, że o bałaganie zadecydowała zła architektura świata finansów, u podstaw której legły regulacje państwowe stosowane od czasu zniszczenia standardu złota. Wielki kapitał odwzajemniać będzie nadal skrytą miłość socjaldemokracji rzucającej propozycje dalszej regulacji systemów księgowości, coraz to nowych ustaw o kontroli finansowej, poprawy audytu, większego wpływu państwa na działalność banków i firm, dalej idącego podporządkowania i tak już skartelizowanych przez państwo agencji ratingowych, czy też unormowania kwestii przepływów kapitałowych. W skrócie, wszystkich tych błędów, na których korzystają jedynie winni obecnego bałaganu. Już w tej chwili pojawiły się propozycje sekretarza skarbu Paulsona, które zamiast uzdrowić system, mają zmienić formę regulacji.
Tymczasem prawdziwym złem jest socjalizm pieniężny prowadzący ku socjalizmowi finansowemu. Fundament naszej cywilizacji, czyli pieniądz, został w pełni znacjonalizowany i uregulowany. Nasze pieniądze oderwano od ograniczeń własnościowych. Ich wartość przestała być konkretem, upadając do roli służki interesów banku centralnego.
Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nie warto wreszcie porzucić zgubną wiarę w to, że państwo powinno dla dobra społeczeństwa regulować ilość pieniądza na rynku. Warto rozważyć powrót do czasów, gdy kryzysy monetarne były niemożliwe, kiedy wielkie depresje, okresy destabilizacji gospodarczej i wysokiej inflacji po prostu się nie zdarzały. Jeśli historia kryzysów walutowych ma nas czegoś nauczyć, to właśnie tego, że każdy z nich jest skutkiem polityki państwa. Postarajmy się, żeby tym razem lekcja nie poszła na marne zagłuszona przez krzykaczy niewychodzących poza owcze reakcje rodem z Folwarku zwierzęcego i dyskusje o wyższości czterech nóg nad dwoma.
Autor jest fundatorem Instytutu Misesa w Polsce. Kontakt z autorem mateusz.machaj@mises.pl.